Bóg i program Dwunastu Kroków AA

 

Żyć w przyjaźni z Bogiem
to najlepsza gwarancja wolności.


    Ważnym punktem programu AA jest uznanie własnej bezsilności wobec alkoholu oraz towarzyszące temu  przekonanie, iż dzięki osobistej więzi z Bogiem można na stałe powrócić do trzeźwego życia. Sami alkoholicy wyrażają istotę programu AA w sposób bardzo lapidarny: "ja sam nie mogę, z Tobą mogę." Mówiąc o więzi z Bogiem, Program Dwunastu Kroków AA precyzuje, iż chodzi tu o Boga  "jakkolwiek Go pojmujemy." Znaczenie tego rodzaju dopowiedzenia  wyjaśnia w sposób jednoznaczny i konkretny osobiście współtwórca programu AA - Bill W. (por. Anonimowi Alkoholicy, Warszawa 1996, s. 7-13). W listopadzie  1934 roku odwiedził go po raz pierwszy po wielu latach kolega z ławy szkolnej, który - podobnie jak on - był alkoholikiem w zaawansowanej fazie choroby. Tym jednak razem ów mężczyzna był całkowicie trzeźwy i wyglądał na zupełnie przemienionego. Kipiał  radością i wewnętrznym pokojem. Bil W. wyznaje, iż był zaszokowany taką zmianą. Sam znajdował się wtedy na dnie. Wielokrotnie bezskutecznie próbował przestał pić. Na nic jednak zdawał się jego osobisty wysiłek oraz kolejne pobyty w szpitalu na oddziale odwykowym. Także na tamten listopadowy wieczór przygotował sobie sporą ilość alkoholu i ryzykował popadnięcie w kolejny ciąg picia. Posłuchajmy, jak owo niespodziewana spotkanie z kolegą szkolnym wspomina Bill W.:

    „Stanął w otwartych drzwiach świeży i promienny. Coś niezwykłego było w jego oczach... Zmienił się nie do poznania. Co się stało? Podsunąłem mu kieliszek. Odmówił. Rozczarowany, ale zaciekawiony zastanawiałem się, co w niego wstąpiło. Nie był sobą. ‘O co chodzi?’ – zapytałem otwarcie. Spojrzał na mnie z prostotą i z uśmiechem powiedział: ‘Znalazłem wiarę’ (‘I’ve got religion’). Osłupiałem. A więc to tak – zeszłego lata jeszcze alkoholik – wariat, a teraz, jak podejrzewałem, znów zwariowany na punkcie religii. (...). ‘Niech mu tam, niech sobie deklamuje’. Poza tym mój gin przetrwa dłużej niż jego kazanie. Ale on nie prawił kazań. Rzeczowo opowiedział mi o tym, jak dwóm ludziom w sądzie udało się przekonać sędziego, aby zawiesił jego wyrok. Mówili oni o jakiejś prostej religijnej idei i praktycznym programie działania. Było to przed dwoma miesiącami. Skutek był oczywisty. Przyszedł, aby podzielić się ze mną doświadczeniem, gdyby mi na tym zależało. Byłem zaskoczony, zaszokowany, ale i zainteresowany. Była to moja ostatnia deska ratunku.(...). Zawsze wierzyłem w Siłę Wyższą ode mnie i często rozmyślałem nad tymi sprawami. Nie byłem ateistą. W gruncie rzeczy niewielu ludzi jest ateistami, ponieważ oznacza to ślepą wiarę w dziwną tezę, że wszechświat powstał z niczego i bez celu podąża do nikąd. (...). Dotąd tylko doszedłem w swych rozmyślaniach nad porządkiem świata. Właśnie w tym miejscu rozstałem się z pastorami i systemami religijnymi znanymi ludziom. Gdy mówili mi o uosobionym Bogu, który jest miłością, nadludzką siłą, wskazaniem kierunku życia, irytowałem się i odrzucałem tę teorię. Przyznawałem natomiast, że Chrystus był wielkim człowiekiem, niezbyt dokładnie naśladowanym przez tych, którzy Go wyznają. Jego naukę moralną uważałem za najdoskonalszą. Sam przyjąłem tę cześć, która wydawał mi się dogodna i niezbyt trudna, odrzucając resztę. (...).
    Lecz oto siedzący przede mną przyjaciel deklarował wprost, że Bóg zrobił dla niego to, czego on sam uczynić nie mógł. Jego ludzka siła zawiodła. Lekarze orzekli, że jest nieuleczalny. Społeczeństwo chciało go odizolować. Tak jak ja, uznał swoją całkowitą porażkę. Wtedy został wyrwany śmierci. Niespodziewanie podniesiony z rynsztoka, wzniósł się na taki poziom życia, jakiego nigdy nie znał. Czy ta siła miała źródło w nim samym? Oczywiście nie. Nie było w nim więcej siły niż w tej chwili we mnie. A jej poziom równał się teraz zeru. To mnie przekonało. Wyglądało na to, jakby ludzie wierzący mieli jednak rację. Coś kierowało ludzkim sercem, owo coś dokonało rzeczy niemożliwych. Moje poglądy na cuda zmieniły się radykalnie. W tej chwili naprzeciw mnie siedział żywy cud. Oznajmiał niesłychane rzeczy. Zauważyłem, że u mojego przyjaciela zaszło coś więcej niż tylko wewnętrzne uzdrowienie. Znalazł bezpieczny punkt oparcia i zapuścił korzenie w nowe głębie.     Mimo tego, że miałem namacalny dowód w postaci mego przyjaciela, tkwiły wciąż we mnie dawne uprzedzenia. Samo słowo „Bóg” nadal wywoływało pewną niechęć. A idea uosobionego Boga była jeszcze bardziej nie do przyjęcia. Nie mogłem tego zaakceptować. Byłem w stanie zgodzić się na takie koncepcje, jak: Twórcza Inteligencja, Uniwersalny Rozum czy Duch Natury, ale odrzucałem myśl o „Carze Wszechniebios”, jakkolwiek miłująca byłaby Jego władza. Przyjaciel mój wystąpił z iście rewolucyjnym dla mnie wówczas pomysłem. Powiedział: „Dlaczego nie przyjmiesz swojej własnej koncepcji Boga?”. Uderzyło mnie to. Stopniały nagle lodowate góry intelektu, w których cieniu żyłem i marzyłem od tylu lat. Znalazłem się nagle w blasku słońca. Była to przecież wyłącznie kwestia mojej chęci, by uwierzyć w moc ponad moje siły. Niczego więcej nie było mi potrzeba na tym etapie, by zrobić POCZĄTEK. Zdałem sobie sprawę, że przemiana na lepsze może zacząć się w tejże chwili. Na opoce najszczerszej chęci mógłbym zacząć budowę takiego stanu ducha, jaki spostrzegłem w moim przyjacielu. Czy będę w stanie tego dokonać? Oczywiście, że tak!
    W taki to sposób doszedłem do przekonania, że Bóg przejmuje się naszymi ludzkimi sprawami, o ile tylko my, ludzie, dostatecznie tego pragniemy. Nareszcie przejrzałem, poczułem, uwierzyłem. Łuski pychy i uprzedzeń opadły z moich oczu. Ujrzałem nowy świat. (...). W szpitalu nastąpił mój ostateczny rozwód z alkoholem. Leczenie było chyba na czasie, bo prześladowały mnie deliria. Podczas mojego pobytu w szpitalu oddałem się pokornie Bogu, tak jak Go wówczas pojmowałem, by czynił ze mną, co zechce. Poddałem się Jego opiece i Jego wskazówkom bez zastrzeżeń. Po raz pierwszy przyznałem, że sam z siebie jestem niczym, że bez Niego jestem stracony. Bezlitośnie stawiłem czoło swoim występkom i zapragnąłem, by mój nowo odnaleziony Przyjaciel wykarczował je i spalił co do joty. Od tego czasu nie wziąłem do ust alkoholu. (...). Do większości ludzi Bóg przychodzi stopniowo. Jego wpływ na mnie był nagły i głęboki. W tym momencie byłem tak zaniepokojony, że wezwałem mego przyjaciela lekarza, by upewnić się, że nadal jestem normalny. W końcu potrząsając głową, powiedział: „Stało się z tobą coś, czego nie rozumiem. Ale lepiej się tego trzymaj. Cokolwiek to jest, jest lepsze niż twoje życie przedtem”. Teraz ów dobry lekarz spotyka wielu ludzi z podobnymi przeżyciami i wie, że są one realne.
    Kiedy leżałem w szpitalu, przyszło mi do głowy, że tysiące bezimiennych alkoholików przyjęłoby z wdzięcznością to, co i mnie zostało ofiarowane. Być może mógłbym pomóc niektórym z nich. Oni z kolei mogliby pomóc innym. (...). Wkrótce zaczęliśmy zwierać wiele przyjaźni i szybko zawiązała się nowa wspólnota. Wspaniale było czuć się jej częścią. Była w nas radość życia, nawet w kłopotach i trudnościach. Byłem świadkiem, jak setki rodzin stawiały pierwsze kroki na tej nowej drodze, która naprawdę dokądś prowadzi.”
    W świetle powyższych doświadczeń i  wyjaśnień samego Billa W. zapis o Bogu, "jakkolwiek Go pojmujemy" – zawarty w Programie Dwunastu Kroków - oznacza respektowanie faktu, iż w początkowej  fazie trzeźwienia alkoholik, na skutek całej historii życia i choroby alkoholowej, przeżywa poważne trudności w nawiązaniu osobistego  kontaktu  z Bogiem. Posiada też zwykle zupełnie niedojrzałe wyobrażenia na temat Boga. Program AA zakłada, że warunkiem postępu w trzeźwieniu nie jest przeżywanie już w punkcie wyjścia pogłębionej religijności. Zakłada natomiast, że konieczne jest szczere pragnienie obecności Boga w naszym życiu i to niezależnie od sposobu, w jaki myślimy o Bogu w początkowej fazie trzeźwienia. Wyrażenie „Bóg jakkolwiek Go pojmujemy” nie oznacza zatem, że w AA można Boga pojmować w taki sposób, iż przestaje On być Bogiem. Chodzi tu zawsze o prawdziwego Boga. W przeciwnym wypadku program Dwunastu Kroków prowadziłby do zastępowania jednego uzależnienia – drugim. Jeśli Bóg nie byłby rozumiany w Programie AA jako prawdziwy Bóg, to realizacja Jedenastego Kroku prowadziłaby do tego, że w miejsce zależności od alkoholu pojawiałaby się zależność od czegoś lub kogoś, kogo wolę chcielibyśmy poznawać i pełnić w taki sposób, jak pełni się wolę Boga.
    W oficjalnym komentarzu do Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji, wydanym w języku polskim przez Alcoholics Anonymous World Service (New York 1986) czytamy: „Dopiero wtedy, kiedy próbujemy pogodzić naszą wolę z wolą Boga, zaczynamy używać jej właściwie. Było to dla nas wszystkich prawdziwie cudownym objawieniem. Cały nasz problem polegał na niewłaściwym korzystaniu z siły woli. Uderzyliśmy nią jak głową w mur naszych problemów, zamiast starać się pogodzić naszą wolę z Bożymi zamiarami wobec nas. Stopniowe dążenie do tego jest celem Dwunastu Kroków AA, a Trzeci Krok wprowadza nas na tę drogę” (komentarz do Trzeciego Kroku, s. 29).
    Z kolei Krok Jedenasty jest komentowany w następujący sposób: „Modlitwa i medytacja są dla nas najważniejszymi środkami więzi z Bogiem. (...). Dla części nowicjuszy, a także dla tych agnostyków, którzy wciąż jeszcze traktują grupę AA jako swoją siłę wyższą, nawet najbardziej logiczne i poparte doświadczeniem argumenty na rzecz skuteczności modlitwy mogą być nieprzekonujące lub nie do przyjęcia. Ci spośród nas, którzy niegdyś odczuwali podobnie, doskonale to rozumieją. Dobrze pamiętamy własny bunt przeciwko padaniu na klęczki przed jakimkolwiek Bogiem. Wielu z nas miało niezbite argumenty logiczne na „dowód” nieistnienia Boga. (...) Bez wątpienia Wszechświat miał jakąś „praprzyczynę”, być może Boga Atomu, na przemian gorącego i zimnego. Ale nigdy przecież nie było dowodów na istnienie Boga, który rozumiałby ludzi i troszczył się o nich. Owszem, byliśmy pełni uznania wobec AA i bez wahania przyznawaliśmy, że AA dokonuje cudów.
    Wszyscy potrzebujemy światła Bożego, pokarmu z Jego siły i czystej atmosfery Jego łaski. W zadziwiającej mierze to, co się dzieje w AA, potwierdza tę odwieczną prawdę. (....). Modlitwa jest wzniesieniem serca i umysłu ku Bogu. (...). Niemal każdy doświadczony członek AA może poświadczyć, że gdy próbował udoskonalić świadomą więź z Bogiem, wszystkie jego sprawy nieoczekiwanie przyjęły znaczący obrót na lepsze. (...). Od momentu, kiedy uda nam się uchwycić choćby jeden promyk Bożej woli, od momentu, kiedy zaczynamy dostrzegać prawdę, sprawiedliwość i miłość jako realne i odwieczne wartości w życiu – przestajemy popadać w głębokie przygnębienie w obliczu przejawów zła, od którego żadne ludzkie sprawy nie są wolne. Wiemy, że czuwa nad nami miłosierdzie Boga. Wiemy, że zwracając się pod Jego opiekę, możemy oczekiwać wybawienia od złego, teraz i w życiu wiecznym” (s. 76-83).
     

AA: odzyskanie więzi z ludźmi, z Bogiem i z samym sobą

    Odzyskanie wolności oraz uczenie się dojrzałej filozofii życia w oparciu o odpowiedzialną hierarchię wartości umożliwia zbudowanie  dojrzałych więzi międzyludzkich. Żyjąc w samotności, człowiek może nawet przez dłuższy czas oszukiwać samego siebie co do stopnia swojej dojrzałości i wolności, a także co do wartości, którymi się kieruje. Miarodajna weryfikacja w tym względzie jest możliwa jedynie poprzez kontakt z drugim człowiekiem. Tymczasem także w dziedzinie więzi  międzyludzkich sytuacja trzeźwiejącego alkoholika  jest wyjątkowo trudna. Zwykle przez wiele lat trwał on w toksycznych więziach, czyli w więziach zaburzonych, czasem wręcz patologicznych. W czynnej fazie choroby głównym „przyjacielem” był dla niego alkohol, a środowisko, w którym uzależniony czuł się najpewniej, było zawężone do ludzi podobnie uzależnionych, jak on. W takim środowisku przeżywane więzi okazywały się chore i niszczące wszystkich. Kontakt z ludźmi z innych środowisk był  natomiast doświadczany przez alkoholika w kategoriach nieufności, wrogości, agresywności czy  poczucia zagrożenia.
    W tej sytuacji trwały powrót do trzeźwości wymaga odzyskania - a w niektórych przypadkach zbudowania po raz  pierwszy - dojrzałych więzi międzyludzkich. W przeciwnym przypadku nie będzie możliwa radykalna zmiana sytuacji życiowej, będąca koniecznym warunkiem przezwyciężania choroby alkoholowej. Więzi interpersonalne oznaczają spotkanie z drugim człowiekiem i z Bogiem, a także sposób odnoszenia się danego człowieka do samego siebie. Budowanie dojrzałych więzi dokonuje się zwykle jednocześnie, chociaż z różną intensywnością, we wszystkich tych wymiarach. Jest to związane z faktem, że każdy człowiek przeżywa postawę wobec siebie i wobec innych ludzi według podobnych zasad i kryteriów. Nie można, na przykład, odnosić się do samego siebie z przyjaźnią i szacunkiem,  a  jednocześnie w sposób wrogi i agresywny postępować wobec innych. Nie jest też możliwa pozytywna postawa wobec innych ludzi, jeśli ktoś odnosi się do samego siebie z wrogością czy agresją. Subiektywne przekonanie o możliwości innego odnoszenia się do siebie niż do innych ludzi, jest iluzją związaną z działaniem psychicznych mechanizmów obronnych.
    W  sytuacji  człowieka  uzależnionego,  który  powraca  do życia trzeźwego, nie jest zwykle możliwe rozpoczynanie przemiany życia od odzyskania pozytywnych więzi z samym  sobą. Wiąże się to z faktem, że początkom trzeźwienia towarzyszy silne poczucie winy, samopotępienia, niepokoju, bezradności, rozgoryczenia i pretensji do samego siebie. Często  alkoholik  nie wierzy już, że ktoś może go jeszcze kochać i szanować i że on sam ma jeszcze prawo, by być dla siebie  przyjacielem. Przeżywanie pozytywnych więzi z Bogiem napotyka na podobne bariery. Jeśli uzależniony jest człowiekiem wierzącym, to w czynnym stadium choroby alkoholowej przeżywa on kontakt z Bogiem w kategoriach lęku, zawstydzenia, niepokoju, buntu, czy ucieczki. Często ma on żal i pretensje do Boga o to, że Bóg nie ratował go w cudowny sposób w trudnych sytuacjach. Ponadto w czynnej  fazie choroby alkoholik nie jest w stanie zrozumieć tego, że Bóg kocha ludzi w sposób wierny i nieodwołalny, ale bez naiwności, w sposób mądry, czyli dostosowany do sposobów postępowania danego człowieka. Alkoholik nie rozumie, że Bóg jest mądrym przyjacielem, a nie naiwnym kolegą.
    Odzyskanie dojrzałych więzi zaczyna się w tej sytuacji zwykle od nowego rodzaju  kontaktu z drugim człowiekiem. Dla wielu uzależnionych punktem przełomowym okazuje  się  spotkanie z jakąś osobą, która zamiast potępiać czy atakować chorego, zwróciła się do niego z życzliwą ofertą pomocy lub która stanowczo a jednocześnie przyjaźnie wyegzekwowała konsekwencje nadużywania alkoholu. Przykładem może być pracodawca, który postawił jasną alternatywę: albo tracisz pracę, albo bierzesz urlop i udajesz się na terapię uzależnień. Ze zrozumiałych względów jest bardzo trudno  o zachowanie przyjaznej, a jednocześnie stanowczej postawy wobec uzależnionego. Wymaga to posiadania odpowiedniej wiedzy o uzależnieniach, a także cierpliwości, równowagi emocjonalnej, i trafnego wczuwania się w myśli oraz przeżycia chorego.
    Jeśli  alkoholik doświadcza tego typu nowych, dojrzałych kontaktów, to przezwycięża stopniowo swój dotychczasowy sposób traktowania ludzi i odnoszenia się do nich. Do tej pory bywał zwykle agresywny i nieufny, oskarżał i miał o wszystko pretensje. W postawie innych ludzi upatrywał źródło własnych nieszczęść, cierpień i porażek. Obecnie odkrywa stopniowo zaskakującą radość przyjaźni, otwartości, zaufania, wzajemnej życzliwości i wsparcia. Człowiek odzyskujący trzeźwość doświadcza wprawdzie, że dojrzałe więzi z innymi ludźmi stawiają też wymagania i zmuszają do wysiłku, ale to właśnie wierność i odpowiedzialność przynosi radość i satysfakcję, która nie jest osiągalna na innej drodze.
    Nowe, pozytywne doświadczenia w kontaktach z ludźmi ułatwiają trzeźwiejącemu alkoholikowi nowy sposób kontaktowania się z Bogiem. Program Anonimowych Alkoholików, który umożliwił powrót do trzeźwości wielu milionom ludzi na całym świecie,  obejmuje Krok Trzeci: "Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga.” Trzeźwiejący alkoholik - zwykle dzięki mediacji ludzi - odkrywa ze  zdumieniem, że jest nadal cenny w oczach Bożych i że może się z Nim zaprzyjaźnić. W konsekwencji stopniowo odzyskuje wiarę, nadzieję i miłość. Tego typu doświadczenie sprawia, że uzależniony ma teraz odwagę potrzebną do tego, by przyjąć prawdę o sobie (zbłądziłem, zgrzeszyłem i nie poradzę sobie bez Boga) oraz zdolny jest do zaufania (ufam, że z Bogiem mogę żyć w trzeźwości i że On pomoże mi żyć w nowy sposób. W dalszej fazie trzeźwienia alkoholik dąży "poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem (jakkolwiek Go pojmujemy), prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz  o siłę do jej spełnienia" (Krok XI programu AA).
    Warto wyjaśnić, iż dopowiedzenie, że chodzi o Boga „jakkolwiek Go pojmujemy”, ma na celu deklarację, iż program AA nie jest związany z jakąś jedną tylko formą religii czy wyznania. Dopowiedzenie to wynika także z faktu, że człowiek uzależniony w pierwszej fazie trzeźwienia rozumie Boga zwykle w sposób powierzchowny, błędny, a nawet karykaturalny. Potrzebuje zatem czasu, by rozumieć Go w sposób coraz bardziej dojrzały i prawdziwy. Wyrażenie „Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy” nie oznacza natomiast, że może tu chodzić o kogoś, kto nie jest prawdziwym Bogiem. Wtedy bowiem program Dwunastu Kroków AA prowadziłby do uwalniania się z uzależnienia od alkoholu za cenę uzależniania się od jakiejś rzeczy, osoby lub grupy ludzi (por. Krok XI). Trzeźwiejący alkoholik powraca do Boga, od którego oddalił się w czynnej fazie choroby. W zaawansowanej fazie zdrowienia nie jest to zwykle powrót do stanu sprzed choroby, ale przeżywanie więzi z Bogiem w sposób o wiele bardziej osobisty i dojrzalszy niż przed popadnięciem w uzależnienie.
    Odzyskanie pozytywnych więzi z ludźmi i z Bogiem umożliwia alkoholikowi przeżywanie nowego rodzaju więzi z samym sobą. Trzeźwiejący zaczyna być zdolny do pojednania się z samym sobą. W jego sytuacji bywa to nieraz trudniejsze zadanie niż pojednanie się z drugim człowiekiem czy z Bogiem. Ktoś, kto wcześniej sobą gardził, nienawidził siebie i nie widział  dla siebie nadziei na przyszłość, teraz uczy się przyjmować i przeżywać samego siebie z przyjaźnią, szacunkiem i troską o własny rozwój. Zaczyna godzić  się z prawdą o sobie po to, by siebie przemieniać, a nie po to, by siebie potępiać czy uznawać za więźnia przeszłości. Stawia sobie teraz twarde wymagania, ale jednocześnie staje się cierpliwym realistą. Odzyskuje zaufanie do siebie w miarę osiągania sukcesów w życiu i staje się dla siebie samego cennym i ważnym przyjacielem. Nie ma już potrzeby oszukiwania   samego siebie z lęku przed bolesną prawdą, lecz odzyskuje wolność i odwagę potrzebną do tego, by realistycznie widzieć własne możliwości i ograniczenia. Troszczy się o zdobycie potrzebnych w jego sytuacji kompetencji, a także o to, by spotykać się ze szlachetnymi ludźmi i ich naśladować. Staje się zatem dojrzałym przyjacielem dla samego siebie według  tych  samych zasad, jakie odnoszą się do przyjaźni z innymi ludźmi.